Dziki Zachód

Dziki Zachód (Fragmenty ubrane, cz. 4)

Niewinnym szkrabem słodko czytającym bajki nie byłam zbyt długo. Jeśli mam być szczera, to po latach dochodzę do wniosku, że książki brutalnie przerwały moje beztroskie dzieciństwo. Właśnie w tych latach, kiedy głowa najbardziej marzy o przygodach, a na wyobraźnię ze szczególną mocą działają szczytne ideały, jak gąbka wodę zaczęłam wciągać awanturnicze powieści o Indianach.

Dziki Zachód

Nie byłam fanką rasowych młodzieżówek. Wolałam historie, w których lała się krew, płonęły wioski, a wszyscy ze wszystkimi byli na wiecznej wojennej ścieżce. Moim pierwszym pisarskim guru był Karol May, który zgrabnie nabrał cały świat, że doskonale zna Dziki Zachód. Oczywiście nie znał. Podobnie jak opowieść o błędnym rycerzu wojującym z wiatrakami, pomysły na większość indiańskich opowieści Maya zrodziły się w więzieniu. May czytał pamiętniki z podróży, przeglądał atlasy i puszczał wodze fantazji. Czasami przenosił góry, czasami naginał historię, ale świat wielkodusznie mu to wybaczał. Bo w jego historiach najważniejsze były akcja i postaci. Żywe, wyraziste, kryształowe albo złe do szpiku kości. Takich powieści nie można było przerwać w połowie czytania. Nawet żal było odkładać książkę na chwilę między jednym rozdziałem a drugim, bo akurat znów zaczęło się dziać coś ciekawego. Nie było więc wyjścia. Książkę miałam zawsze przy sobie, sięgałam po nią w każdej wolnej chwili albo rozkładałam ją sobie na kolanach i dyskretnie czytałam pod ławką, kiedy nauczyciel nie patrzył.

Dziki Zachód

Ale z czasem świat stworzony przez Maya przestał mi wystarczać. Chociaż cały czas coś się w nim działo, to jednak mimo wszystko pozostawał w jakimś sensie czarno-biały. Dobro wygrywało, czarne charaktery ginęły, bohaterowie zyskiwali uznanie albo trafiali do szczęśliwej krainy wiecznych łowów. Jak w bajce, tylko że tym razem baśniowy książę jeździł na łaciatym koniu, zamiast zbroi nosił ubrania z frędzlami i miał piękną twarz Pierre’a Brice’a.

Gdzieś tam głęboko zaczęło do mnie docierać, że świat taki nie był, nie jest i nigdy nie będzie. Na bezkresnych preriach można było umrzeć z wycieńczenia, jeśli nie miało się obok dobrego przewodnika, przeciętny Indianin bladego pojęcia nie miał o romantyzmie, a wyprawa za ocean za złotem wcale nie musiała okazać się sposobem na długie i szczęśliwe życie.

Świat za wielką wodą zmieniał się raz jeszcze na moich oczach. Odchodził w cień, ustępował nowoczesności. Niezmierzone indiańskie terytoria przecinała coraz gęstsza sieć kolejowa, forty zmieniały się w miasta, a miasta w metropolie. Zaczynały rosnąć wszerz i wzwyż, a indiańskie legendy stawały się pieśnią przeszłości.

Dziki Zachód

Motyw Indian wracał jak echo w wielu książkach, które wpadały przez lata w moje ręce. Ale ciężko znaleźć godnego następcę dla historii, od których lata temu dostawałam wypieków na twarzy. Może swoje zrobiło też to, że w tym temacie właściwie wszystko już powiedziano, a trudno jest opowiedzieć o Dzikim Zachodzie, nie wpadając w sidła stereotypów. Fantastyczny powrót do przeszłości zaserwował mi jedynie jak dotąd Michael Punke. W „Zjawie” sięgnął po stare tematy, żywe legendy, oklepane motywy, a jednak stworzył historię inną niż wszystkie. Do dziś nie mogę przeboleć, że tak dobra powieść została tak mocno sknocona przez filmowców, którym wydawało się, że wystarczy pokazać puchatego misia z ostrymi ząbkami i dodać romantyczny, indiański wątek, żeby stworzyć epicki film. Filmowa „Zjawa” wciska w fotel, ale tylko dlatego, że jest tak banalna i przynudnawa, że zaczyna się przy niej zwyczajnie zasypiać.

Dziki Zachód

Przynajmniej na jednym jedynym polu Indianie pozostają bezkonkurencyjni. Im bardziej o tym myślę, tym częściej dochodzę do wniosku, że inspirowany westernami i Dzikim Zachodem styl jest chyba najbardziej popularnym i wyrazistym trendem w historii mody.
Na wybiegi regularnie wracają frędzle, kolorowe poncza, indiańskie wzory, pióra i biżuteria, a modelki stylizowane na indiańskie księżniczki mają w sobie znacznie więcej zmysłowej energii od bladych i eterycznych blondynek o łabędzich szyjach.

Dziki Zachód

Nie chciałabym się cofnąć do przeszłości, ale indiańską modę uwielbiam. Moja szafa nie byłaby kompletna bez ubrań i dodatków, dzięki którym mogę wyglądać choć trochę jak indiańska squaw albo bezczelne dziewczę, które potrafi zwędzić konia pierwszemu lepszemu kowbojowi i pogalopować prosto przed siebie, żeby oglądać zachód słońca na prerii.
Lubię je tym bardziej, że łączą w sobie elementy, które wydają się nie do pogodzenia – prostotę z wyrazistością i wygodą. Zielone ponczo to nic innego jak zszyte ze sobą, wydziergane na drutach 2 wełniane prostokąty z wyszytym na przodzie wielkim ptaszyskiem. Letnie kozaki mają naturalny rudy kolor i kilka klamerek zamiast frędzli, kowbojskich nosków i ażurowych bajerów. Ciepły komin z frędzlami zgrał się kolorem ze spodniami w odcieniu dojrzałej śliwki.
Uwielbiam ten zestaw, ale nie tylko dlatego, że wpisuje się w efektowne, indiańskie trendy. Jak dla mnie kryje się za nim coś jeszcze. Jakaś obietnica przygody, zew krwi i dzikość serca, która mimo że mamy XXI wiek, budzi gdzieś tam głęboko tęsknotę za bezkresną, amerykańską prerią.

Zdjęcia: Szymon Waliszewski

Zobacz również inne wpisy z cyklu “Fragmenty ubrane”:

Fragmenty ubrane
Fragmenty ubrane, cz. 1
hygge
Fragmenty ubrane, cz. 2 – “Hygge”
Mam na imię Lucy fragmenty ubrane
Fragmenty ubrane, cz 3 – “Mam na imię Lucy”

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

  • W przygodach Winnetou również zaczytywałam się dawno temu, choć mą ukochaną książkową bohaterką z dzieciństwa jest Ania z Zielonego Wzgórza.Niemniej w opowieściach rodem z Dzikiego Zachodu można się zatracić.
    Piękne zdjęcia tak swoją drogą. Taki styl ubierania się wyróżnia się mocno na tle współczesnej masówki:)

    • Dziękuję i a propos – któż nie i nie lubi Ani? 😉

  • Słoneczna strona życia

    Ciekawy cykl i piękne zdjęcia:) Pozdrawiam
    https://slonecznastronazycia.wordpress.com/

  • Na tych zdjęciach masz w sobie wiele z Indianki :)

  • Wspaniałe zdjęcia! Również zaczytywałam się w książkach Karola Maya i też preferuję literaturę przygodową, podróżniczą i wojenną :)

  • Piękny wpis :) moje dzieciństwo kojarzy mi się z tomami przygód Tomka Wilmowskiego od Alfreda Szklarskiego – lubiłam jego przygody i jak coś się działo. Twoja stylizacja bardzo udana, pasująca do Ciebie i super kolory http://www.adriana-style.com

    • Dziękuję :) Też czytałam coś Szklarskiego dawno, dawno temu, ale nie wciągnęły mnie te historie jak powieści Maya :)

  • A kilku indianów miałam akurat okazje poznać 😉 A strój jest świetny :)

  • Guesswhatpl

    Ja też pochłaniałam książki jak powietrze, tyle, że nie miałam określonego stylu, czytałam wszystko, jak leciało i co było na fali. Piękna historia, tak właśnie rodzi się wyjątkowa pasja. Świetne zdjęcia i stylizacja, a z pieska doskonały model :)