Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym, Maciej Czarnecki

Piękna, bajeczna, mistyczna, egzotyczna. Godzinami mogłabym się rozpływać nad Norwegią. Ale po co tylko słodzić, kiedy można dodać temu idealnemu wizerunkowi trochę pieprzu i poszukać wad?
Wysokie ceny, drogi w wiecznej budowie, dziesiątki płatnych odcinków i tuneli – tego wszystkiego doświadczy każdy, kto postawi stopę na norweskiej ziemi.

Poszperałam jeszcze bardziej i znalazłam intrygujące reportaże Macieja Czarneckiego o „Dzieciach Norwegii” i tajemniczej instytucji Barnevernet, która rządzi się tylko sobie właściwymi prawami.

Najbogatszy kraj świata, piękne widoki, wysoki poziom życia – Norwegia mogłaby być rajem na ziemi dla imigranta. Pod warunkiem jednak, że nie ma dzieci. Przynajmniej tak twierdzi część bohaterów reportaży Czarneckiego.

Siejąca postrach instytucja Barnevernet działa właściwie w dobrej wierze. Dba przede wszystkim o dobro najmłodszych obywateli kraju. Inna sprawa, że to dobro definiuje po swojemu i dopuszcza się licznych nadużyć.
Kto by pomyślał, że można zabrać dziecko rodzicom za podniesienie głosu? Albo na podstawie zwykłego donosu, który może mijać się z prawdą? Lub za to, że dziecko jest introwertykiem albo bywa od czasu do czasu smutne? To, co na zdrowy rozsądek wydaje się niedorzeczne, w „Dzieciach Norwegii” okazuje się rzeczywistością, a Czarnecki pokazuje jeszcze wiele innych, przejaskrawionych opowieści o Barvevernet.

Imigranci mogą w domach mówić w swoim rodzimym języku, ale ich norweskie dzieci już nie powinny. Podstawą do zabrania dziecka może być nieodpowiednie sąsiedztwo, słabe wyniki w szkole. Nie mówiąc już o braku odpowiednich środków i warunków do życia. Te ostatnie argumenty akurat nie dziwią aż tak bardzo, ale wystarczy przeczytać kilkanaście stron książki, żeby poczuć niepokój. A to dopiero początek tego, co swoim czytelnikom chce zaserwować Czarnecki. Historie z niedorzecznym początkiem, miewają jeszcze dziwniejszy finał.

Czarnecki opowiada więc o dzieciach, które nawet kilka razy w roku zmieniają rodziny zastępcze, staczają się na samo dno albo o maluchach, które mogą widywać swoich prawdziwych rodziców 4 razy w roku i to w obecności pracowników Barnevernet. Co bardziej zdesperowani rodzice sięgają więc po ostateczne rozwiązanie – decydują się na wynajęcie detektywa, porwanie własnych dzieci i ucieczkę z Norwegii.

Jeszcze nigdy nie czytałam takiej książki jak „Dzieci Norwegii”. Czarnecki odważnie zadaje mnóstwo niewygodnych pytań. Bez ogródek pisze o braku prywatności, gwałceniu praw człowieka (bo czym innym jest np. sterylizacja kobiet?), ale pyta również, gdzie dokładnie leży granica, której nie powinno przekraczać państwo. Bo zgoda, że imigrant powinien w jakiś sposób dopasować się do swojego nowego kraju, ale z drugiej strony na problemy z Barnevernet skarżą się nie tylko imigranci, ale i sami Norwegowie.

„Dzieci Norwegii” przeczytałam już kilka tygodni temu, ale wciąż jestem wstrząśnięta tymi reportażami. Sieją strach, niepokój, tworzą rysy na krystalicznym wizerunku przepięknej Norwegii. Do dziś zapytuję siebie, ile jest w nich prawdy, a na ile przesiąknięte są emocjonalną relacją rodziców, którzy nie wiedzą jak odzyskać swoje dzieci.

Niektóre reportaże Czarneckiego są naprawdę mocne, pesymistyczne do granic możliwości. Ale obok nich są też historie, które kończą się dobrze. Jak jest naprawdę? Nie wiem. Jak w każdym przypadku medal ma zawsze dwie strony. Ale jednej rzeczy jestem absolutnie pewna. „Dzieci Norwegii” to jeden z najlepszych reportaży, jakie w tym roku wpadły w moje ręce.

  • Jestem bardzo ciekawa tej książki. To zawsze są bardzo trudne zagadnienia, jeżeli chodzi o sprawy ingerencji w wychowanie dzieci. Niesamowicie ciężko jest wyznaczyć granicę ingerencji, jeżeli chodzi o dobro dziecka. Z drugiej strony, w różnych sytuacjach miałam okazję napatrzeć się na sytuacje, gdzie dziecko dorasta niby w całkiem normalnej rodzinie, w przyjemnych warunkach, bez przemocy fizycznej, ale jednak przez całe życie jest niedoceniane przez rodziców, ograniczane. Głównym słowem jakie słyszy, kiedy chce coś zrobić, jest “nie, masz zrobić po naszemu”, a na pytanie “dlaczego’ odpowiedź “bo tak”. To jest dla mnie bardzo przykre. Ale też nie uważam, że możliwe jest znalezienie prostej recepty na takie problemy.

    • Otóż to, ile dzieci, tyle recept na wychowanie… Grunt to być elastycznym, zachować zdrowy rozsądek i przede wszystkim umieć dobrze słuchać.

  • Uwielbiamy reportaże. Dostarczają informacji z pierwszej reki i wciagaja na dlugie godziny!

  • Anna Defińska

    Wygląda na bardzo ciekawy reportaż. Sporo słyszałam o tej organizacji i chętnie dowiedziałabym się więcej. Muszę sobie ten tytuł zapisać.