Życie po duńsku, Duńczycy. Patent na szczęście, recenzje

„Duńczycy. Patent na szczęście” i „Życie po duńsku”

Dania. Szczęście. Hygge. Skandynawię uwielbiam, ale nawet mi przejadło się uczenia radości życia na duński sposób. Po wielkim boomie na hygge wcale nie kupuję więcej świec, ale raczej zaczęłam zastanawiać się nad samą Danią.

Nie wierzę, że umiejętność cieszenia się z małych przyjemności to już recepta na pełne szczęście i to dla całego kraju. Musi za tym stać coś znacznie więcej. I właśnie tego liczyłam, że się dowiem z książek „Życie po duńsku” i „Duńczycy. Patent na szczęście”.

Obie świetnie, ale właściwie skrajnie różne, bo chociaż poruszają podobne tematy, to spojrzenie na nie jest zupełnie inne. Nie da się ich tak po prostu porównać i ocenić, która z nich jest lepsza.

Jeśli idzie o samą przyjemność czytania, to „Życie po duńsku” u mnie mocno wysuwa się na prowadzenie. Jest napisane z kobiecej perspektywy, optymistycznie, lekko i ze świetnym poczuciem humoru. Powiedzieć, że uśmiechałam się co rusz, to mało. Praktycznie w każdym rozdziale autorka opowiada o zabawnych wydarzeniach, ale to, co z nimi robi, to prawdziwa bajka. Russel ma na pewno komediowy-kabaterowy talent, zdarzenia opisuje z jajem, ogromnym dystansem do siebie, przejaskrawia je do granic możliwości. „Życie po duńsku” tak dobrze się czyta, że w pewnym momencie sama zaczęłam się pukać się w głowę i zastanawiać się, co ja jeszcze robię robię w Polsce? Przecież już dawno powinnam być w Danii…

Ale trochę więcej o samej książce. „Życie po duńsku” ma w sobie coś z reportażu, ale jest w nim szczypta przygody. Russel to Brytyjka. Uznana dziennikarka. We wstępie do książki opowiada jednak, że mimo licznych wątpliwości postawiła wszystko na jedną kartkę, rzuciła pracę i przeniosła się razem z mężem do Danii. Roczna emigracja miała być dla niej dziennikarskim projektem, a w każdym miesiącu chciała się skupiać na innym aspekcie życia, który ma wpływ na rzekomą szczęśliwość Duńczyków. Pod lupę Russel bierze duńskie jedzenie, naukę języka, kulturę, stosunek do zwierząt, jedzenie, podatki, hygge, edukację, a nawet wiarę i system pracy, dociera do różnych interesujących osób i każdemu prędzej czy później zadaje sakramentalne pytanie: „W skali od 1 do 10, jak bardzo szczęśliwy się czujesz?”.

Relacja Russel potrafi wciągnąć. Roczny duński eksperyment sam w sobie jest interesujący, ale Russel świetnie pokazuje w swojej książce też duńskie życie codzienne. I właśnie to jest wartość dodana tej książki. Są w niej zwykli ludzie, prawdziwe emocje, codzienne sytuacje. Dzięki temu wydaje się bardziej autentyczna i jeszcze bardziej atrakcyjna.

„Życie po duńsku” pochłonęło mnie bez reszty, ale do dziś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że książka jest aż podejrzanie za bardzo optymistyczna, a Russel patrzy na swój nowy dom przez różowe okulary. Chyba że to po prostu efekt uboczny życia w Danii?

Czego jednak w tej książce mi zabrakło, to znalazłam w „Duńczykach. Patencie na szczęście” Patricka Kingsleya. Mniejszej, bardzo konkretnej, napisanej z perspektywy podróżnika i obserwatora, który w Danii zatrzymał się na miesiąc. Kingsley nie jest już takim optymistą, znajduje rysy na krystalicznym wizerunku Duńczyków, porusza trudne tematy, pokazuje, że każdy medal ma dwie strony. I chociaż w jego relacji Dania rzeczywiście jest teraz dobrym miejscem do życia, to jednak wyczuć można w niej pewien niepokój. Według Kingsleya życie po duńsku to moda, która nie utrzyma się na zawsze, a kraj prędzej niż później czekają poważne reformy, które mogą mocno odbić się na poczuciu szczęśliwości Duńczyków.

„Duńczycy. Patent na szczęście” jest bardziej wymagająca. Ta książka nie przyciąga jak „Życie po duńsku”. Trzeba się przy niej mocno skoncentrować, wstrzymać od wydawania szybkich ocen, spojrzeć na Danię z różnych perspektyw. Ale ten wysiłek wart jest zachodu. Kingsley świetnie pokazał w swojej książce, że obraz Danii i Duńczyków jest znacznie bardziej złożony, niż może się wydawać. A to raptem tylko wycinek rzeczywistości.

***

Czasami, kiedy czytam książki na podobny temat, mam przykre wrażenie, że te kolejne niczego nowego nie wniosły, a ja straciłam tylko czas. Właśnie tak było w moim przypadku przy książkach o hygge.
Tego samego nie mogę powiedzieć o „Życiu po duńsku” i „Duńczykach. Patencie na szczęście”. Chociaż w wielu miejscach są do siebie podobne, to bardzo się różnią i świetnie uzupełniają. Uświadomiły mi też jedną rzecz. Chociaż całkiem niedawno miałam przyjemność być w Danii, to po lekturze tych dwóch książek uświadomiłam sobie, że już zaczęłam za nią tęsknić. I to bardzo mocno.

  • Bede musiala siegnac po obie ksiazki. Marzy mi sie tez podroz do Danii. :)

    • Naprawdę polecam. Świetne książki, wspaniale jest w nich opisana Kopenhaga. A Dania przepiękna – bardzo długo jej nie doceniałam, a zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia :)

  • Zaciekawiłaś mnie, bo książko o hygge zdecydowanie mnie nie ciągnęły :)

    • Książki o hygge są w sumie sympatyczne. Bardzo polubiłam “Klucz do szczęścia”, ale w tych dwóch książkach o Danii jest znacznie więcej ciekawych informacji, a wszystko, co dotyczy hygge mieści się na kilku, kilkunastu stronach albo w jednym rozdziale. Rozciąganie tematu hygge na kilka książek też do mnie nie trafia.

  • Kocham Cię moje życie blog

    Mam za sobą lekturę Duńczyków. Wywarła na mnie spore wrażenie :)

    • Na mnie również :) Tak mała książka, a tyle cennych i konkretnych informacji. Wypisałam z niej wiele tytułów, tematów, terminów do znalezienia/przeczytania/zobaczenia. Na pierwszy ogień biorę duńskie seriale, których jeszcze nie widziałam :)