Droga do domu

Droga do domu, Yaa Gyasi, recenzja

Pierwsze skojarzenie z okładką? Jest modna. I to bardzo. Motyw liści jest ostatnio na topie u wielu projektantów. Ale znacznie bardziej niż okładka do czytania zachęciły mnie notka o książce i bardzo dobre recenzje.

Lubię epickie powieści. Lubię książki o Afryce. Lubię sagi rozpisane na wiele pokoleń. I właśnie w „Drodze do domu” wszystko to dostałam. A może nawet jeszcze więcej. Powieść Gyasi chciałam potraktować jak pożywkę na wakacje. Tymczasem była to pożywka na pierwsze jesienne chłody. Niezwykle malownicza i smaczna, z kubkiem kakao. Egzotyczna. Bo jak nie spojrzeć, połowa akcji, a właściwie to co drugi rozdział, dzieje się w samym sercu Afryki.

Najfajniejszy w całej historii jest epicki rozmach. W jednej powieści zamknięte są historie członków jednej rodziny. Przedstawicieli aż siedmiu pokoleń. Losy 14 postaci. Z których połowie przyszło żyć na ziemi przodków. W coraz bardziej niespokojnej Afryce. A drugiej połowie za wielką wodą. W odległej Ameryce. Gdzie życie wcale nie przypominało amerykańskiego snu.

„Droga do domu” to 14 pięknych historii. Smutnych. Pełnych emocji. Poruszających trudne tematy. A z każdej z nich można by właściwie stworzyć oddzielną powieść. Wcale nie słabszą niż „Droga do domu”.

Powiedzieć o bohaterach tej książki, że to przedstawiciele afrykańskich ludów to zdecydowanie za mało. Bo w każdym z nich jest domieszka innej krwi, a na każdej z rodzinnych historii jak cień kładzie się widmo kolonizacji, niewolnictwa, prześladowań i dyskryminacji.

Lubię egzotyczne powieści, których akcja dzieje się w tropikalnych krajach. Zapewne dlatego, że kojarzą mi się z wakacjami. W „Drodze do domu” jednak tych wakacji nie ma. Powieść jest pesymistyczna. Momentami przejmująco wręcz smutna i depresyjna. I pokazuje dobitnie, że formułki wyjęte z ust amerykańskich mentorów nie dla każdego są równie prawdziwe. Nie każdy w Stanach mógł i może powiedzieć, że nie ma rzeczy niemożliwych. Niestety są. I to na każdym kroku. W różnych codziennych sytuacjach. A wyrwanie się ze świata ograniczeń jest jak zrywanie niewolniczych kajdan, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

„Drogę do domu” czyta się fantastycznie. Momentami jest jak afrykańska baśń o wierzeniach i życiu rdzennych ludów. Miejscami przeradza się w przejmującą historię o wojnie, w której każdy żyje nadzieją na odzyskanie niepodległości, równych szans i prawa do głosu. Aż mnie ciekawi, jak niektóre z tych rozdziałów napisałby Kapuściński. Bo, że godne są reportażu, to nie ulega wątpliwości. Zresztą piękne są tu nie tyle zrywy za wolność, co raczej historie jednostek. Wielowymiarowych, wyrazistych. Spychanych na margines, tragicznych, a jednak na swój sposób wielkich.

W trakcie samego już czytania zastanawiałam się, czy którykolwiek z bohaterów powieści był naprawdę szczęśliwy. I czym dokładnie jest to szczęście, kiedy nie do końca jest się kowalem własnego losu, bo nie pozwalają na to okoliczności. Kiedy oparcia nie dają najbliżsi. Miłość musi ustępować tradycji. Religia nie zapewnia ukojenia, a jej nosiciele to kolejni oprawcy.

Otwarcie o swoim szczęściu powiedział tylko jeden z bohaterów. Ten, który się wyłamał. Poszedł własną drogą. Wybrał to, co dla niego najważniejsze. I ciężkie życie, które się z tym wiązało. Jak na ironię, właśnie ten najszczęśliwszy z bohaterów znany jest w powieści jako Pechowiec. Reszta przechodzi próby ognia, igra z niebezpieczeństwem, naraża się, walczy albo stara się przetrwać jeszcze kolejny i następny dzień. Epicko, z rozmachem, z coraz to dojrzalszym spojrzeniem i nowym bagażem doświadczeń.

Bohaterowie ostatnich rozdziałów są już wolni. Wracają do domu, by go poznać. Szukają swojego miejsca w życiu i sensu. Chcą przełamać swoje lęki. Nie są ani biali, ani czarni. Są dokładnie pomiędzy. A to, co ich mocno trzyma to przeszłość.
Historia, a trochę ślepy los, które sprawiły, że znaleźli się dokładnie w tym miejscu.
Mocny i stabilny korzeń. Silny, trwały, który wcale nie tak łatwo jest wyrwać z ziemi.