dress scandinavian

Dress Scandinavian, Pernille Teisbaek

Ile można uczyć się szczęścia od Duńczyków? Tym bardziej, że mieszkańcy Skandynawii inspirują jeszcze w wielu innych dziedzinach. Blisko designu jest moda, a gdzieś pomiędzy nimi mieści się zabawa kolorami. I właśnie książki z tych dziedzin wzięłam tym razem na celownik.

Na pierwszy ogień poszło „Dress scandinavian” duńskiej trendsetterki Pernille Teisbaek (swoją drogą – czy tylko mi ta dziewczyna do złudzenia przypomina naszą Maffashion?). Byłej modelki, stylistki, blogerki i tzw. „it-girl” jak nazwałby ją kolorowy magazyn z branży mody. Miałam cichą nadzieję, że przeczytam profesjonalny przewodnik po skandynawskim stylu ubierania, z długą listą duńskich i skandynawskich marek, którymi można się zainteresować, a przy okazji pooglądam inspirujące zdjęcia. Jak w końcu nie spojrzeć, autorka prowadzi przecież na Instagramie bardzo popularne konto obserwowane już przez ponad pół miliona osób.

Powiedzieć, że się na tej książce zawiodłam, to mało. Co prawda nie otrzymałam kolejnego poradnika, w którym wiele razy przewija się złota myśl, że klasę miała Audrey Hepburn, a w szafie koniecznie trzeba mieć trencz. Ale wszystkie złote skandynawskie rady można znaleźć praktycznie w każdym kolorowym magazynie albo na kliknięcie, korzystając z wyszukiwarki. Artykuł znaleziony w sieci ma jednak podwójną przewagę. Jest darmowy, a w dodatku krótszy – przekazuje właściwie te same informacje, tylko w znacznie szybszym czasie.

„Dress scandinavian” liczy prawie 200 stron, a wystarczy właściwie na jeden wieczór. Może dobry grafik zachwyciłby się formą, ale choćby w najładniejszej książce treść ma też znaczenie, a tej niestety w „Dress scandinavian” jest jak dla mnie zdecydowanie za mało. Między rozdziałami pojawiają się regularnie puste, kolorowe kartki. W ramach podsumowania kolejnych części pojawiają się wypunktowane, pisane gigantyczną ( bo powiedzieć, że dużą to za mało) czcionką najważniejsze myśli. Nawet strony, na których jest już tekst, rażą białymi marginesami, a do przeczytania jest tylko po kilka linijek. Książkę mogłyby uratować zdjęcia, ale tu również coś nie wyszło. Większość do kolaże – na jednej stronie jest od kilku do kilkunastu zdjęć, na których chyba tylko z lupą można dojrzeć szczegóły, które w budowaniu własnego stylu są właściwie najważniejsze. Jednym słowem przysłowiowy strzał w stopę.

Złote zasady skandynawskiego dress code’u z książki można zamknąć właściwie w kilku punktach:
1. W skandynawskim stylu najważniejsze są stonowane kolory ziemi, brązy, szarości, czerń i elegancka biel.
2. Warto inwestować w dobrej jakości bazę, zwracać uwagę na materiały i ciekawą formę.
3. Mieszanie faktur zawsze się sprawdza – skóra i gruba wełna albo delikatny jedwab zawsze stworzą wyrafinowany kontrast.
4. Ubieranie się na cebulkę jest bardzo skandynawskie.
5. Ciuchy w poziome paski mają wielki potencjał.
6. Dodatki są ważne – czerwone buty, biżuteria albo kolorowa torebka mogą od razu bardzo mocno podkręcić nawet najbardziej oczywistą stylizację.
7. I wreszcie, najlepsza zasada: Mniej to więcej – z gotowej stylizacji warto zawsze coś odjąć, żeby uzyskać tzw. niewymuszony look.

Niby dobre rady, ale szczerze to jakoś trudno mi uwierzyć, że wystarczy być minimalistką, ubrać kilka błyskotek, białą koszulę i czerwone szpilki, żeby dumnie zaliczyć siebie do grona „It-girls”. To niestety nie działa. Albo może to właśnie o to chodzi? Nie może być zbyt trudno, żeby się nie zniechęcić?

Na dobre zakończenie autorka podaje jeszcze listę swoich ulubionych marek. Skandynawskie niby są mniej znane, ale jednak łatwo dostępne również w Polsce. Reszta to cóż – to tak jakby mówić komuś w sekrecie, że wiele ciekawych ubrań można znaleźć w Zarze albo H&M. Jedyne, co właściwie interesujące i nieznane, to chwalone przez Teisbaek marki jubilerskie ze Skandynawii, które jako jedyne zdecydowałam się przy okazji wyszukać w sieci. Wyszukać, pooglądać i powzdychać. Wszystko jasne. Z takimi błyszczącymi dodatkami rzeczywiście można stać się it-girl, tylko kogo na to stać?

Właściwie sama jestem sobie winna, że liczyłam na coś więcej. Znam konwencję książek o modzie. Prawie zawsze wyważają otwarte już dawno temu drzwi, mało w nich treści, są zaskakująco drogie, skorzystać może na nich jedynie ktoś, kto rzeczywiście bladego pojęcia nie ma o modzie. A szkoda, bo tak atrakcyjny temat, jak skandynawski styl w modzie można było naprawdę świetnie przedstawić, zamiast zamykać się tylko w kilku podstawowych radach, które nie są właściwie skandynawskie, tylko uniwersalne.

„Dress scandinavian” to nieznośnie lekka książka. Ale skandynawska inspirację znalazłam już gdzie indziej. O tym, że można oryginalnie pisać o modzie i designie powoli przekonuję się dzięki książce „Kolorowa rewolucja”. Od pierwszych stron robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ale to już temat na kolejną recenzję.