Diabeł i tabliczka czekolady recenzja

Diabeł i tabliczka czekolady, recenzja

Nie ukrywam, że po książkę sięgnęłam, bo autor, Paweł Piotr Reszka, otrzymał kilka dni temu nagrodę imienia Ryszarda Kapuścińskiego. Prestiżową, międzynarodową, przyznawaną twórcom wyjątkowych reportaży.

Do samych reportaży bardzo długo nie mogłam się przekonać. Wolałam bezpieczne powieści, których rzeczywistość istnieje tylko w wyobraźni autora. Reportaże to zupełnie inna bajka, a dla wielu ich bohaterów koszmar. Potwierdzają tylko, że to właśnie życie potrafi pisać najbardziej zaskakujące scenariusze.

Diabeł i tabliczka czekolady” to niewielki zbiór reportaży, z których część opublikowana została w „Dużym Formacie”. Łącznie jest ich 27, niektóre zajmują niespełna 2 strony, inne to kilkunastostronicowe relacje rozpisane na wiele głosów.

Mam poważny kłopot, żeby ocenić ten zbiór. Nie czytałam go dla przyjemności. Z każdą kartką odczuwałam raczej coraz większy dyskomfort. „Diabeł i tabliczka czekolady” nie jest wygodną książką. A Reszka jak mało kto potrafi wyciągnąć na światło dzienne to, co dawno zostało zamiecione pod dywan.

Sprawa jest o tyle poważna, że reportaże nie opisują życia w odległych krajach. To nasza polska rzeczywistość, od której wolimy odwrócić wzrok i udawać, że nie istnieje. Reszka porusza tematy trudne, tabu, pozwala o nich mówić zwykłym ludziom, nikogo nie broni, nikogo nie oskarża, przedstawia tylko zdarzenia, które wywołać mogą skrajne emocje. Obnaża nasze bolączki. Bada sprawę krzyża, tylko pozornie idealnych rodzin. Pokazuje, że luksusem może być nie płaski telewizor czy internet, a łazienka. Maluję biedę, ale oczami dzieci.

Pokazuje jak to, co uznawane jest powszechnie za dobre może stać się powodem do wstydu. Polacy z reportaży Reszki wolą nie przyznawać się, że w ich rodzinach w czasie wojny ukrywano Żydów, boją się opowiadać o oddawaniu narządów. Bo wszystko może stać się powodem zawiści, złośliwych plotek, szemrania za plecami i pokazywania palcem.

Wreszcie w reportażach Reszki jest też i religia, ale nie taka, do jakiej przyzwyczaja nas ksiądz podczas niedzielnych mszy. Są egzorcyzmy, żeński zakon, który do złudzenia przypomina sektę, próby naprawiania osób o odmiennej orientacji, konsekrowane dziewice, które postanowiły powiedzieć sakramentalne „tak” Jezusowi i potrafią się z nim kłócić i mieć do niego pretensje. Jest wreszcie Radio Maryja i krzyż, który pojawia się w nieodpowiednich miejscach.

W całym zbiorze optymizmu jest jak na lekarstwo. Pozytywny wydźwięk ma właściwie niewiele reportaży. Najpogodniejsza jest krótka historia zatytułowana „Czaderka”. Mimo to Reszka podejmuje się trudnego zadania i pyta swoich bohaterów o szczęście. Jego definicje pojawiają się na kartkach książki wielokrotnie. Wyróżnia je nie tylko pogrubienie.
Jaskrawo błyszczą na tle opowiadanych w reportażach historii.

I tak bohaterowie mówią:

„Do szczęścia brakowało mi właśnie spokoju”

„Gdy tańczę, czuję się szczęśliwa”

„Jestem szczęśliwa i żyję wśród szczęśliwych ludzi”

„Szczęście kojarzy mi się z chwilami ulgi”

„Szczęście to móc się zrealizować, szczęście to miłość”

„Jak jestem z nimi, z moimi dzieciaczkami, to jestem po prostu szczęśliwy”

„Człowiek wierny swoim przekonaniom i żyjący zgodnie z nimi to człowiek szczęśliwy”

„Być szczęśliwym, to oddać się w całości”

Właściwie truizmy. Oczywiste oczywistości. Ale w ustach bohaterów są przerażające. Upiorne. Zaskakujące. W ostrym świetle pokazują jak wiele i niewiele jednocześnie potrzeba do szczęścia.

Bo jak pokazuje Reszta, można być szczęśliwym, żyjąc w głębokiej biedzie i socjalnych mieszkaniach, ponosząc karę za niewyobrażalne winy, poświęcając czas na drobiazgi.

Mi jednak jedna rzecz nie daje spokoju. Bohaterowie mówią czym jest dla nich szczęście. Mają jego jasne definicje. Ale czy na pewno są szczęśliwi?
Czy może to ich szczęście to tylko pogodzenie się z pozostawiającą wiele do życzenia rzeczywistością?
A może to ich szczęście to tylko chwilowa ucieczka od upiornej rzeczywistości?
Albo umiejętność przymykania oczu na to, co uwiera, wywołuje ból i przygnębia?