Dave Gahan

Depeche Mode znowu zagrają w Łodzi

Kolejny raz. Zapewne w dużej mierze te same utwory, co zwykle. Bo koncert bez Enjoy the silence i Personal Jesus się nie liczy. Inna sprawa, że ze swoim dorobkiem depesze mogliby grać całą dobę, a pewnie i to byłoby mało. Zdecydowanie za mało.

Szokujące remiksy i studyjne rarytasy

Dawno temu w moje ręce trafiła wielka kolekcja już nawet nie singli, tylko remiksów, z piosenkami przerobionymi na chyba wszystkie możliwe gatunki muzyczne. I tak jednak zespół od zawsze najlepiej brzmi „po swojemu”. Właśnie po te klasyczne albumy najchętniej sięgam, bo można ich słuchać 100, 200 i 300 razy, a i tak się nie znudzą. Nie zawsze już jednak wybieram tę samą płytę, a metkę tej ulubionej co jakiś czas przejmuje inny zestaw muzyczny, chociaż jednocześnie nie zapominam o pozostałych. Gdyby mi przyszło wybierać, którą z płyt DM mam zabrać na bezludną wyspę, pewnie mimo palm, piasku i morza wcale bym tam nie pojechała, tylko zaszyła się gdzieś ze słuchawkami na uszach i zapomniała o całym świecie. Ciężko zrezygnować nawet z tych dwóch pierwszych płyt, które są jeszcze mało „depeszowe”. Na pierwszej jest w końcu Just can’t get enough i Photographic, a następna to pierwsza płyta Martina m.in. z piosenką See you, którą napisał, mając 16 lat. Na kolejnych płytach tych perełek jest już coraz więcej, a praktycznie od Black Celebration do Ultry, albo nawet jeszcze dalej, właściwie nie ma powodu, żeby na odtwarzaczu nacisnąć przycisk NEXT. Po prostu się nie da i nie wypada. Trzeba słuchać. Od początku do końca.

Moja ulubiona płyta Depeche Mode

Nie wiedzieć dlaczego obecnie moim „naj” jest Music for the mases, chociaż do niedawna to miejsce zajmowały naprzemiennie Ultra i Black celebration. Całkiem melodyjne odskocznie od najbardziej znanego Violatora, płyty z Enjoy the silence, Personal Jesus, World in my eyes, Policy of truth i oczywiście Blue dress. Niebieska sukienka. Czarujący kawałek od razu wpadający ucho i jednocześnie wdzięczna domena momentalnie zapadająca w pamięć. Aż banalnie doskonała.

Wspaniałe, choć nie “naj”

Co nie zmienia faktu, że nie ma czego posłuchać na krążkach Songs of faith and devotion (I feel you na mocne wejście, spokojniejsze Condemnation, ascetyczny Judas, niepokojące Walking in my shoes i In your room), Some great reward, Construction time again, Exciter, Playing the angel, Sounds of the universe czy Delta Machine. Jest i to sporo wartych uwagi piosenek.

Muzyczna otoczka

Chociaż muzyka z powodzeniem broni się sama, to w przypadku depeszów doskonale działa towarzysząca jej muzyczna otoczka. Jak teledysk – to genialny, jak koncert – to show, jak książka – to wyczerpująca monografia. Subkultura miała więc na czym wyrosnąć. Te wszystkie depeszowskie prezenty dla kolekcjonerów to już właściwie samonapędzająca się gałąź przemysłu, a jednocześnie kawałek historii muzyki i coś w rodzaju legendy, bo koncert 101 wcale nie wypada blado nawet na tle zeppelinowskiego Song remains the same.

Książki o Depeche Mode

Książki o DM właściwie do niedawna ograniczały się do dwóch, góra trzech tytułów, które wzbogacano o kolejne rozdziały przy okazji ukazywania się kolejnych płyt zespołu. O uzupełnienie biblioteczki fana DM zadbało jednak szybko wydawnictwo InRock (jego nakładem pojawił się nie tylko opasły tom Obnażeni, ale i zbiór tekstów i książeczka o piosenkach), a ostatnio Anakonda. Właśnie pod szyldem tej ostatniej ukazały się biografie Dave’a Gahana i Martina Gore’a, trochę naciągana książka o wczesnych latach zespołu, a ostatnio monumentalny, by tak rzec, Monument. Wszystkie pięknie wydane, w twardych okładkach, na dobrym papierze, pachnące drukarnią. Przyjemnie się po nie sięga i z przyjemnością patrzy się na nie stojące na półce.

***

Depeche Mode znowu w Łodzi

Depeche Mode za kilka dni pojawią się w Łodzi. W najbliższy poniedziałek będzie kolejne pospolite ruszenie fanów. Jeśli nie w sobotę, bo co bardziej gorliwi i niecierpliwi fani zaplanowali już w Łodzi before party i before przed before party, nie mówiąc już o after party po koncercie… Cztery lata temu w Łodzi, w dzień koncertu podczas Tour of the Universe, była prawdziwa zima, a zanim weszło się do hali można było ugrzęznąć na dobre w śniegu. Teraz według prognoz ma być wiosna. I dobrze. A jak nie lubię poniedziałków, akurat ten, 24 lutego, zapowiada się wyjątkowo.

photo credit: mgroot via photopin cc