Depeche Mode, Violator

Depeche Mode, Violator

Mało jest płyt, które wchodzą od początku do końca, a nawet przesłuchane n-razy w niepojęty dla przeciętnego zjadacza chleba sposób nie potrafią się znudzić. Wbijają się w pamięć, zapamiętuje się dźwięki, charakterystyczne momenty, słowa piosenek i ich tłumaczenie, ale jakoś nie ma się dość. Przeciwnie – cały czas jest mało.

I właśnie taką płytą od bardzo wielu lat jest dla mnie “Violator”.

Dawno temu Depeche Mode wydawało mi się zespołem poważnym i depresyjnym do bólu. Nie chciało mi się słuchać dołujących piosenek i słuchać o kolejnych wybrykach wokalisty. Z wiekiem na szczęście człowiek mądrzeje. Kiedy “Violator” zagrał u mnie po raz pierwszy, przepadłam. Potem był drugi, trzeci i tysiąc któryś raz. A zupełnie w międzyczasie przydarzyły mi się 3 koncerty DM.

Zastanawiałam się, której z płyt Depeche Mode poświęcić poniedziałkowy wpis. Padło na „Violatora”. Może dlatego, że są na nim najlepsze piosenki. Może dlatego, że jest na płycie „Blue dress”- kawałek od którego wzięła się nazwa bloga. Może dlatego, że krążek ma w sobie mnóstwo energii, o którą jeszcze wiele lat temu nawet nie podejrzewałam Depeche Mode. Może zadecydowało wszystko po trochu…

„Violator” nie jest szczególnie rozbudowaną płytą. Jest na niej tylko 9 piosenek. Ale w tym przypadku jak mało co sprawdza się powiedzenie, że mniej to więcej, a jakość jest ważniejsza od ilości.
„Violator” to perełka. Brylancik. I diamencik w jednym. Płyta dopracowana w każdym calu. Na której co rusz znajduje się zupełnie nowe dla siebie dźwięki i momenty.

Właśnie takie są mało znane kawałki „Sweetest perfection”, „Halo” i „Clean”. Zaskoczyć potrafi nawet „Waiting for the night”. Piosenka, która chyba już zawsze będzie kojarzyć się z pewnym znajomym, który stwierdził raz, że właśnie ten kawałek ma ustawiony jako dźwięk budzika „I’m waiting for the night to come…” – taaaak, to zdecydowanie sprzyja temu, żeby zamiast wstać, zakopać się jeszcze bardziej w pościel i spać dalej.

Najmocniejszymi punktami tego krążka są jednak bez wątpienia najbardziej dynamicznie kawałki, które na dobre wpisały się do popkultury. I doczekały się wielu wersji w wykonaniu mniej i bardziej znanych artystów.
„World in my eyes”
„Policy of truth”
„Personal Jesus”
i oczywiście „Enjoy the silence”.

Z genialnymi słowami. Genialną muzyką. I genialnym teledyskiem.

A „Blue dress”? Cóż, ten kawałek potwierdza, że urok rzeczywiście tkwi w detalach, które natychmiast potrafią zmienić naszą rzeczywistość w lepsze miejsce. Rozbujany, łagodny i kojący kawałek.

„Violator”. Płyta z różą, jak mawiają o niej czasami fani. Jak dla mnie, to ten krążek ma 12/10 gwiazdek.