Spirit, depeche mode, recenzja

Depeche Mode, Spirit

Do tej premiery liczyłam dni, a kiedy w końcu zgarnęłam z półki w sklepie mój egzemplarz „Spirit”, cieszyłam się jak małe dziecko. Piątkowy wieczór należał tylko do mnie i Depeche Mode.

Jak jednak w przypadku poprzednich płyt, tak i w przypadku „Spirit”, nie jest to spotkanie łatwe. Płyta jest ciężka, gorzka, przygnębiająca, gniewna. Charakterystyczne piknięcie i efekt wow przychodzi później, a i tak ze zdecydowanie większą przyjemnością wraca się do starych, dobrych płyt DM.
Powrotem do korzeni miało było już „Sounds of the Universe”. Podobnie miało być również w przypadku „Delta Machine”. Teraz zapowiadano zestaw wyjątkowo mocnych i dynamicznych piosenek. Czy faktycznie tak jest? Hmmm…

Już przy oglądaniu wkładki ze zdjęciami, rzuciły mi się w oczy matriksowe stylizacje i wielkie młoty, które Dave Gahan, Martin Gore i Andrew Fletcher w teatralnych gestach dzierżą w dłoniach. Jedno spojrzenie na listę utworów i znajomość piosenki promującej album wystarczyły, żeby skojarzyć to wszystko z wiekowym już „Construction time again”. Jeszcze ciekawiej robi się przy pierwszej piosence „Going backwards”, która okazuje się przewrotnym powrotem do przeszłości…

Co ciekawe, wiele z nowych piosenek zdaje się mieć swoją starszą siostrę właśnie na „Construction time again”.
Powolne „Poorman” przypomina trochę „Pipeline”, a krytyka korporacji wyjątkowo mocno kojarzy się z „Everything counts”.

„Scum” nawet już z samego tytułu można skojarzyć z „Shame”.
Po dość ciekawej „So much love” aż chce się dopowiedzieć, jak w „Love in itself”, że miłość sama w sobie to jednak za mało.

Wreszcie do tytułowej rewolucji ze „Spirit” DM nawoływali już ze zdecydowanie większym zapałem i energią w „And then”. Swoją drogą, przy fragmencie o pociągu jak złośliwej muchy nie mogłam odpędzić skojarzenia z pewnym, znanym wszystkim wierszem o lokomotywie…

Jak jednak w „Construction time again” przełomowe były nie słowa, a sama muzyka, niepodobna do niczego innego z lat 80., tak teraz otrzymałam do rąk kolejną, typowo depechową płytę z przesłaniem, doprawioną goryczą, rozczarowaniem i pozbawioną jakiejkolwiek nadziei na lepszą przyszłość. W dodatku z „Construction time again” aż biją zapał, energia, szczerość i młodzieńcza siła momentami wpadająca w naiwność. Po przeszło 30 latach, zarobionych milionach i byciu na samym szczycie ta szczerość wydaje się zdecydowanie mniej autentyczna, a aż za bardzo patetyczna, a piosenki zdają się miejscami wyciągnięte na siłę i nie mają w sobie takiej mocy. Rewolucja wciąż pozostaje jednak domeną młodych gniewnych i tylko do nich pasuje.

Po pierwszym przesłuchaniu wróciłam jedynie kilka razy do „Going backwards”. A potem płynnie przełączyłam się na „Construction time again”.
Do „Spirit” wróciłam w sobotę. Raz. Drugi. Trzeci. I powoli, bardzo powoli zaczęłam się do tej płyty przekonywać. „Going backwards” już mocno siedzi mi w głowie. Powolutku trafiają do mnie „Poison heart” i „Scum”. Ale już w kościach czuję, że do pełnej sympatii dla tego krążka jeszcze daleka droga.

Ze smutkiem też muszę stwierdzić, że Depeche Mode najwyraźniej powielają schemat, w który wpadło już wiele gwiazd. Przestali nagrywać piosenki, z których są znani, a tworzą kolejne płyty DM. Wciąż dobre, ale to wciąż tylko i aż kolejne płyty Depeche Mode. O ile jednak od płyt chciałoby się więcej, tak na żywo Depeche Mode wciąż od lat brzmią wyjątkowo dobrze. I to, mam nadzieję, jeszcze długo się nie zmieni.