Dachołazy recenzja

Dachołazy, Katherine Rundell

Paryż to świetne miejsce na romans albo ciekawą historię ze smutnym finałem. To genialne tło do pełnych blasku opowieści o modzie i podbijaniu świata. Jednocześnie to też wspaniała sceneria dla marzycielskiej książki stworzonej wbrew pozorom nie tylko dla najmłodszych czytelników.

Właściwie rzadko sięgam po literaturę dziecięcą i młodzieżową. Przez wiele lat kończyła się ona u mnie na klasyce z Kubusiem Puchatkiem i Alicją na czele oraz baśniach, do których regularnie wracam. Ale powoli się to zmienia. Od jakiegoś czasu moją uwagę przykuwała książka z ciekawym rysunkiem Paryża na okładce i jeszcze bardziej intrygującym tytułem. Bo czym właściwie mogą być „dachołazy”?

Przynęta zadziałała, tym bardziej, że „Dachołazy” Katherine Rundell już mają na swoim koncie wiele nagród, dobrych recenzji i pną się wysoko na listach nie tylko bestsellerów.

Nigdy nie przekreślaj możliwego

To zdanie mogłoby być mottem tej opowieści. Bo chociaż historia na pierwszy rzut oka nie wydaje się prawdopodobna, to jednak nie można uznać jej za niemożliwą. Przeciwnie. Mogła się wydarzyć. Mogła się właśnie tak potoczyć. I mogła mieć takie zakończenie, jakie miała. Rundell nie stworzyła nowej książki o czarodziejach, ale jej młodych bohaterów na pewno nie można uznać za zwykłe dzieci. One marzą, żyją inaczej, a jednocześnie świetnie radzą sobie w życiu, które wcale ich za bardzo nie rozpieszcza. To dość nietypowi bohaterowie na czasy, w których od małego zwraca się uwagę na to, żeby mieć, bawić się i chcieć coraz więcej. W „Dachołazach” jest inaczej. Młodzi bohaterowie nie mają swoich rodzin, drogich zabawek ani świetlanej przyszłości przed sobą, a mimo to potrafią być szczęśliwi, odkrywać magię codziennych chwil i są nieprawdopodobnie wręcz kreatywni. Jak dla mnie to kwintesencja tego, co naprawdę przekazywać dzieciakom od najmłodszych lat.

O czym właściwie są „Dachołazy”?

To nietypowa historia o dziewczynce, która z trudem uszła z życiem w czasie katastrofy statku. Straciła matkę, ale zyskała nowego opiekuna – szalonego naukowca, który postanowił wychować ją w nietypowy sposób i zaofiarować jej to, czego dzieci potrzebują najbardziej: prawdziwą miłość. Wszystko układa się dobrze albo prawie dobrze to momentu, aż Sophie zaczyna dorastać. Traktowany dość podejrzliwie ekscentryczny opiekun dziewczynki przestaje być dla niej odpowiednim opiekunem, kiedy Sophie kończy naście lat. Wydaje się, że przeprowadzka do domu dziecka jest nieunikniona. Ale, nie można przecież przekreślać niemożliwego, prawda? Skoro nikt nigdy nie potwierdził, że matka Sophie zginęła, trzeba chociaż spróbować ją odszukać. Tym bardziej, że los podsuwa kolejne tropy i ślady, które aż proszą, żeby za nimi podążyć i to do bajecznego Paryża…

Dzieciństwo a dorosłość

Najmocniejszą stroną „Dachołazów” jest buchający z nich optymizm. Bohaterowie są uparci, zawzięci, sympatyczni, do samego końca wierzą w dobre zakończenie, chociaż sukces to w tym wypadku niemal jak wygrana kulawego konia w wyścigach. Kto jednak powiedział, że nie może się udać? W świecie Rundell właśnie ta cienka linia między możliwym a niemożliwym jest granicą między dzieciństwem a dorosłością. Dziecko zawsze wierzy, dorosły, nawet to co możliwe jest gotów przekreślić, jeśli tylko rozsądek podpowie mu inne rozwiązanie.

Nie tylko opowieść

Historia opowiedziana w „Dachołazach” ma w sobie mnóstwo uroku, ale blasku dodaje jej jeszcze sposób podania. Powieść jest wyjątkowo smaczna, lekka, pysznie się ją czyta. Jej bohaterowie są wyraziści, mają swoje małe dziwactwa, nietypowe nawyki, piękne charaktery, Rundell wspaniale o tym wszystkim opowiada, a swoich czytelników tak prowadzi przez opowieść, że nie sposób ani na chwilę się znudzić.
Dawno już nie mam nastu lat. Lubię książki z drugim dnem. I bardzo lubię, kiedy wbrew wszelkiej logice niemożliwe staje się jednak możliwe. Dzięki „Dachołazom” na nowo odkryłam optymizm. Ten najmocniejszy, z lat dziecinnych, który w nieprawdopodobny sposób pcha do przodu.
Nie jest dobrze wierzyć, że będzie łatwo, a wszystko samo jakoś się ułoży. Ale jeszcze gorzej jest przekreślić to, co możliwe, kiedy nawet się o to nie zawalczy. Banalne? Owszem, ale niestety jakże codzienne…

  • Ann

    Jestem w trakcie lektury tej powieści i muszę przyznać Ci racje, mnóstwo w niej optymizmu, a dziecięca kreatywność sprawia, że Dachołazy czyta się z uśmiechem rozczulenia na twarzy :)

    https://biblioteka-wspomnien.blogspot.com

    • To w takim razie zachęcam przy okazji do głosowania, jeśli masz konto na lubimyczytac.pl – “Dachołazy” otrzymały nominację do tytułu książki roku 2017 w kategorii “literatura dziecięca” :)