Czereśnie zawsze muszą być dwie, Magdalena Witkiewicz recenzja

Czereśnie zawsze muszą być dwie, Magdalena Witkiewicz

W tej książce spodobał mi się na dzień dobry sam tytuł. Jest uroczo wiosenny i optymistyczny. Ale do przeczytania potrzebowałam już znacznie mocniejszego bodźca. Naprawdę zmobilizowałam się, kiedy „Czereśnie zawsze muszą być dwie” zostały książką roku w rankingu serwisu lubimyczytac.pl. Czy wyróżnienie faktycznie się należało?

Ostatnio nawet dość często sięgam po literaturę kobiecą, a czytając „Czereśnie…” od razu nasuwały mi się podobieństwa do czytanej niedawno „Historii złych uczynków” Katarzyny Zyskowskiej. W obu jest zagmatwana historia sprzed lat, dom, który kryje w sobie wiele tajemnic i akcja rozpisana na kilka dekad. Jednak to książka Witkiewicz jest krzepiącym, optymistycznym, kobiecym klasykiem, który idealnie nadaje się do czytania w ogrodzie, dla odprężenia i poprawienia sobie nastroju. To jednocześnie wada i zaleta. Książka Zyskowskiej, mimo że od jej przeczytania minęło już sporo czasu, jeszcze wciąż pracuje w mojej głowie i wracam do niej myślami. „Czereśnie zawsze muszą być dwie” przeczytałam szybko i z przyjemnością, a moja literacka podróż zakończyła się od razu z momentem zamknięcia książki. Jest na tyle obszerna, że zdążyła mi się spodobać, wciągnąć, wzbudzić sympatię do bohaterów. Ale zamiast do niej wracać, prawdopodobnie będę szukać innych powieści w bardzo podobnym klimacie.

O czym właściwie są „Czereśnie..”? Historia zaczyna się banalnie. Młoda, zdolna, ale trochę zagubiona dziewczyna z dobrego domu decyduje się iść na wagary. Oczywiście czeka ją za to kara, która wkrótce ma okazać się najlepszym, co mogło się jej przytrafić w życiu. Powieściowa Zosia ma zaopiekować się starszą panią Stefanią, która bardziej niż pomocy potrzebuje towarzystwa drugiej osoby. Mimo dzielącej je różnicy wieku, Zosia i Stefania szybko się ze sobą zaprzyjaźniają, a rozmowy ze starszą panią sprawiają, że dziewczyna odważniej zaczyna myśleć o swoich marzeniach i wdrażać je stopniowo w życie. O ile jednak w życiu radzi sobie coraz lepiej, powiela schemat typowy dla tego typu powieści bohaterek. Zanim znajdzie prawdziwą miłość, musi odebrać kilka gorzkich lekcji od życia. Bolesnych, ale nie na tyle, żeby ją złamać. Tym bardziej że autorka wcale nie każe jej długo czekać na wymarzonego księcia z bajki, który cierpliwie czeka i pokazuje, że stworzenie udanego związku naprawdę nie jest takie trudne.

Podobnie jak w „Historii złych uczynków”, również i w „Czereśnie zawsze muszą być dwie” najciekawsza jest jednak ta część, której akcja rozegrała się w przeszłości. Tutaj już pojawiają się małe dramaty, niezaspokojone namiętności, zazdrość i zawiść, które bardzo komplikują życie bohaterów. Ta opowieść z przeszłości, chociaż są w niej przebłyski szczęścia, nie ma dobrego zakończenia, ale zapewne dlatego jest też tak dobrą lekcją dla Zosi, która bardzo szybko zaczyna rozumieć, co w życiu jest naprawdę ważne i dlaczego warto się poświęcać i żyć.

W powieści „Czereśnie zawsze muszą być dwie” podoba mi się tytułowe mottto o drzewach i porównanie ich do ludzi, którzy rozkwitać i wzrastać również mogą tylko we dwoje. To jakże proste i właściwie banalne sformułowanie ma w sobie jednak mnóstwo uroku, wiosennego czaru i optymizmu, który mimo wszystko każe wierzyć, że będzie dobrze.
O ile jednak urzekło mnie książkowe motto, nie do końca trafiły do mnie inne wnioski i sformułowania, które w niektórych momentach bardzo niebezpiecznie ocierają się o najzwyklejszy banał. To jednak na szczęście tylko ułamek tego, co można znaleźć w tej powieści. Właściwie nie dziwię się, dlaczego książka „Czereśnie zawsze muszą być dwie” stała się tak popularna. Magdalena Witkiewicz ma talent do opowiadania. Potrafi świetnie ożywić przeszłość, stworzyć sympatyczne postaci, a zdarzenia doprawić humorem albo szczyptą tajemnicy, dzięki czemu jej książkę czyta się lekko i z wyjątkową przyjemnością.

Nigdy nie byłam wielką fanką czereśni. Zawsze u mnie przegrywały z wiśniami i bajecznie słodkimi truskawkami. Tego lata jednak na pewno sięgnę po nie ze znacznie większą ciekawością i przyjemnością niż zwykle, a ich smak już pewnie zawsze będzie kojarzył mi się z książką Magdaleny Witkiewicz.

  • Ojej… Banału staram się unikać. Z drugiej strony, historia wydaje się ciekawa :)

    • Historia jest ciekawa, a sama książka świetnie się czyta, więc na lekkie niedociągnięcia można śmiało przymknąć oko 😉

  • Dobra lektura na wakacje :)

  • Lekka książka idealna na lato i relaks w towarzystwie miseczki czereśni 😉

  • Ciekawe, bo ja w tym roku też dałam szansę czereśniom. Normalnie od dziecka uważałam je za niesmaczne, tymczasem teraz jakoś mnie ujęły. Może to znak, by powrócić do Magdaleny Witkiewicz? Kiedyś czytałam którąś z jej powieści i pamiętam, że była całkiem niezła.

    • Na pewno warto spróbować poczytać i koniecznie z miseczką czereśni :)

  • Globfoterka

    Fajnie, że oprócz zalet książki, napisałaś również to, co podobało Ci się mniej. Dzięki temu opinia jest szczera i wyważona. Co do czereśni, to ja zjadam teraz kilogram dziennie :). Najpyszniejsze są te duże, ciemnoczerwone!

  • Renata Więckowska

    Jestem po filologii polskiej więc zawsze szukam jakiś “cięższych” książek ale ta pozycja wygląda na super temat na urlop.

    • Też jestem polonistką, ale już nie uważam, że powinnam czytać tylko te bardziej ambitne książki. Te lżejsze pozycje fajnie sprawdzają się jako przerywnik albo właśnie sympatyczna książka na urlop :) A wiele z nich jest na naprawdę wysokim poziomie :)

  • Pozycja fajna na urlop!

  • Jakiś czas temu dostałam ją w prezencie, może czas przenieść ją z półki “do przeczytania kiedyś” na “do przeczytania niedługo” :)