Czarownica, Anna Litwinek, recenzja

Czarownica, Anna Litwinek, recenzja

Na powieść „Czarownica” ostrzyłam sobie zęby właściwie od chwili premiery. Ale do zakupu zmotywował mnie dopiero niepokojąco duży rabat w internetowej księgarni wydawnictwa Znak.

Zmotywował i zdemotywował jednocześnie, a w głowie włączyła mi się czerwona lampka. Bo w końcu dobre książki sprzedają bez takiej zachęty, a na pewno nie w tak krótkim czasie od premiery…
Ostatecznie jednak przymknęłam na to oko, bo świat sprzedaży i książek rządzi się w końcu swoimi prawami, a sekrety i triki marketingowców dla przeciętnego zjadacza chleba mają w sobie więcej z czarnej magii niż z racjonalnego myślenia.

Skoro więc już „Czarownica” przyleciała do mnie w paczce i osiadła na jednej z półek, przyszła również i pora na rozwarcie szacownej księgi i pochylenia się nad lekturą.
I co mogę powiedzieć? Kurcze, fajnie, że takie książki powstają w Polsce.

„Czarownicę” czyta się z wyjątkową przyjemnością. Książka na dzień dobry wciąga, potem przyciąga, a pod koniec zaczyna wchłaniać. Nie jest to typowo babska książka o pięknej samotnej 30-letniej, ani tym bardziej powieść fantasy, chociaż nie potrzeba bystrego umysłu, by doszukać się magii w samym tytule.
To raczej zgrabny miks obu tych gatunków z elementami kryminału, romansu i ezoteryki gdzieś w tle. Całość jest wyjątkowo lekkostrawna, chociaż jeśli puścić wodze wyobraźni, to doszukać można się w „Czarownicy” drugiego dna. Bo są w niej odwołania do natury, przyrody, magii i odwiecznej walki dobra ze złem, który to motyw został już chyba do granic możliwości wykorzystany w sztukach wszelakich.
Chociaż w wielu punktach mocno odrealniona, bo skupiająca się na sięganiu tam, gdzie wzrok nie sięga, „Czarownica” jest też całkiem sympatyczną współczesną powieścią dla kobiet. O ambitnej, trochę pyskatej, pewnej siebie, niezależnej i wciąż samotnej rudowłosej dziennikarce. Którą w dodatku poznajemy, kiedy akurat kończy 30 lat.

Tytułowa czarownica, czyli Sonia ma w sobie sporo z najpopularniejszej bohaterki naszych czasów – singielki. Takiej, która sobie radzi, potrafi, ale kryje w sobie coś z małej dziewczynki i gdzieś w głębi siebie tęskni za wielką miłością. Nie jest doskonała, ma swoje słabości, popełnia błędy, ale może też właśnie dlatego wydaje się bliższa i sympatyczna.

A moje skojarzenia z samą książką?
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to imiona bohaterów. Raczej mocno nietypowe. Nie ma tu Anny, żadnego Piotra ani Pawła. Są za to Sonia, Hala, Ida, Tytus, Barnaba i Aleksander, do którego w żaden sposób nie pasuje zdrobnienie Olek.

Jak w ściągach do lektur szkolnych warto dodać kilka słów o czasie i miejscu akcji. W książce nie pada nazwa miejscowości, ale łatwo można odkryć, że to raczej średniej wielkości miasto, z piękną starówką i uroczym parkiem, do którego warto zajść, żeby na szczęście pocałować w nos pomnik Frycka.
Czas akcji to z kolei jeden z najprzyjemniejszych okresów w roku, bo okolice Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Pozytywny, radosny i jak się szybko okazuje również i magiczny.

„Czarownica” liczy 400 stron. Ale chociaż obszerna, to między wierszami wyczytać można, że ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi. Powieść to całość. Jest w niej mocny finał, ale odniosłam wrażenie, że to raczej dopiero początek, a to, co najciekawsze, dopiero nastąpi. I szczerze to już czekam na ten ciąg dalszy.

***

Czasami lubię myśleć o sobie jak o czarownicy. Kojarzy mi się znacznie lepiej niż promowana na siłę zołza. W mojej głowie jest trochę dzika, nieodgadniona, tajemnicza, niezależna, bardzo silna, ale jednocześnie wrażliwa i zawsze gotowa, żeby słuchać intuicji i iść za głosem serca.
I od dawna ciągnie mnie od czasu do czasu do takich właśnie książek. O silnych i niezależnych babeczkach, które idą pod prąd, a we wszystko, co robią, potrafią fajnie wmieszać szczyptę magii…