depeche mode w Łodzi

Coś na depeszową nutę (po koncercie)

24 godziny. Tyle dokładnie trwała moja wczorajsza wyprawa do Łodzi. Bo nie wypadało nie dołączyć do pospolitego ruszenia ubranych zwykle na czarno depeszów i depeszowców. Na Hali Arenie pojawili się ludzie z całego kraju, chociaż nie zabrakło też i tych zza granicy. Nawet na płycie można było spotkać pana chwalącego się meksykańskim paszportem (również wielkiego fana DM).

Koncertowy fenomen

Przed koncertem zastanawiałam się z koleżanką, o co w tym wszystkim właściwie chodzi i skąd to całe zamieszanie. Standardowo koncert trwa 2 godziny, jedzie się na niego cały dzień, wraca całą noc, płaci za bilet jak za zboże, widzi się często mocno średnio albo nawet mizernie, a piosenki można przecież włączyć w domu z płyty. Żadnej sensownej odpowiedzi nie wymyśliłyśmy. Jeśli więc zjawiska nie wyjaśniły szkiełko i oko, to pozostają już tylko czucie i wiara. A te, jak powszechnie wiadomo, w przypadku depeszów są wielkie. Być może też za każdym razem działają tu dave’owe czary-mary i hokus-pokus.

Muzyczne pewniaki i nowe aranżacje

Chociaż w Polsce Depeche Mode zagrali wczoraj drugi koncert z trasy promującej ich płytę Delta Machine (pierwszy raz grali w Warszawie na Stadionie Narodowym, 25 lipca 2013 roku), to zaprezentowali trochę inne piosenki. Oprócz obowiązkowych Enjoy the silence, Personal Jesus, I feel you, Never let me down, Stripped, I just can’t get enough, Walking in my shoes, World in my eyes czy Precious, których po prostu nie może nie być na koncercie, DM wybrali do setlisty piosenki, które pozostają w cieniu hitów. W nowych aranżacjach na fortepian Martin Gore zaśpiewał But not tonight (normalnie szybka i beztroska piosenka, w wykonaniu Martina stała się piękna, rzewna i nostalgiczna, żeby nie powiedzieć sentymentalna; aż mi się zrobiło żal, że nie pada), Slow (ta piosenka już w klasycznej wersji jest spokojna i w nowej aranżacji wypadła troszkę blado) i Blue Dress (jedna z moich ukochanych piosenek, pierwszy raz słyszałam ją na żywo). Było trochę nowości z Delta Machine (Welcome to my world, Angel, Heaven) i energetyzujące Behind the wheel, którego zabrakło ostatnio w Warszawie.

Talent, muzyka i efekty wizualne

Mawia się, że o sukcesie koncertu w 70% decydują efekty, a 30% to już kwestia talentu wykonawców. Kto jak kto, ale DM na żywo brzmią świetnie, możliwe nawet, że znacznie lepiej niż z płyty. Zresztą nie tylko brzmią, ale i wyglądają. Dave rozrusza każdego, nie mówiąc już o jego obłędnym tańcu, Martin zawsze błyśnie jakąś nową gitarą, nawet Andy Fletcher za klawiszami jest coraz bardziej aktywny. Wiele z siebie daje za każdym razem drugi klawiszowiec, a perkusisty chociaż właściwie nie widać, to za to doskonale słychać. Całość (dodając jeszcze świetne kolorowe wizualizacje) wypada za każdym razem obłędnie w pełnym tego słowa znaczeniu.

Już nie ciekawość, a potrzeba

I jak tu nie kochać depeszów? Grali tylko dwie godziny, które jak dla mnie nigdy mogłyby się nie kończyć. Zresztą właściwie się nie skończyły, bo wciąż mi jeszcze wszystko w głowie gra, a samym koncertem pewnie będę jeszcze dobrze nakręcona przez kilka miesięcy (aż nie wyjdzie koncertowe DVD i nie nakręcę się od nowa). Jak zazwyczaj lubię jeździć na koncerty, tak na DM jeżdżę już właściwie z wewnętrznej potrzeby i z każdym koncertem uwielbiam ich jeszcze bardziej. Jeśli to w ogóle jeszcze możliwe.

depeche mode Łódź 2014

depeche mode Łódź 2014

depeche mode Łódź 2014

depeche mode Łódź 2014

depeche mode Łódź 2014

depeche mode Łódź 2014

depeche mode Łódź 2014

depeche mode Łódź 2014

depeche mode Łódź 2014

depeche mode Łódź 2014