Paulo Coelho Zdrada

Coelho powrócił z nową powieścią

Jeszcze nie tak dawno temu pomyślałam sobie, że Coelho zniknął bez śladu. Kiedyś jego książki w masowych ilościach pojawiały się w księgarniach, a sam autor jednych zachwycał, a innych irytował. Nagle wszystko to zniknęło. Do teraz, bo Paulo Coelho powrócił. Właśnie ukazała się jego najnowsza powieść „Zdrada”.

Coelho i jeden sprawdzony scenariusz

Tego pisarza można od razu albo polubić, albo znielubić. Ale ci, co polubili, również dzielą się na dwie kategorie czytelników. Jedni zachwyceni czytają wszystko, co napisze brazylijski pisarz, pozostali zaczynają się zwyczajnie nudzić. Ja zaliczam się do tej ostatniej kategorii. Bo chociaż podobał mi się „Alchemik” czy „Piąta góra”, to z każdą następną powieścią nabierałam pewności, że kolejne pozycje autora to wciąż ta sama historia, pisana zgodnie z tym samym scenariuszem, zmieniały się tylko miejsce akcji i imiona bohaterów, którzy na kartach kolejnych powieści przechodzili zawsze spektakularną metamorfozę. Raz i drugi można się podczas lektury odkryć coś dla siebie, ale ile można?

Piekło w krainie szczęśliwości

Po „Zdradę” sięgnęłam z ciekawości. Bo a nuż widelec Coelho stworzył coś zupełnie innego niż dotychczas. Ale nie – jak to kiedyś powiedziano w pewnym kabarecie – historia po raz kolejny się powtarza. Tym razem Coelho swoich czytelników przenosi do Szwajcarii i bajecznej Genewy, miasta bankierów, szwajcarskich zegarków i politycznych szczytów. I co się okazuje? Szwajcarzy wcale nie są szczęśliwi w swoim bajecznym i kochającym pokój kraju, a bohaterowie powieści są zawieszeni między apatią a depresją, ratują się lekami, czują się wypaleni albo topią smutki w kieliszku.

Zagubiona bohaterka i szczęśliwe zakończenie

Główną bohaterką jest Linda, 31-letnia dziennikarka, żona, matka, która od dziesięciu już lat wiedzie bajkowe życie (swoją drogą Coelho zdaje się bardzo lubić pisać z perspektywy kobiety, ale czy ją rozumie, to już inna sprawa…). Niczego nie musi sobie odmawiać, ma oddanego męża u boku i szafę pełną markowych ubrań. Mimo to jednak jest tym życiem coraz bardziej znudzona, a każdy kolejny dzień przypomina poprzedni. Linda ożywia się, kiedy nawiązuje romans, bez sensu i bez przyszłości, ale prawdziwe szczęście przynosi jej dopiero przebudzenie. Reszty historii można się już domyślić. Miotana między namiętnością, pożądaniem i prawdziwą miłością Linda wybiera miłość, godzi się z mężem i wszyscy odtąd żyją długo i szczęśliwie. Czyli wszystko po coelhowsku…

Bajkowo i mało autentycznie

Czy ta powieść to jednak lekarstwo dla duszy, jak często traktuje się powieści Brazylijczyka? Nie wiem. Lindy nie polubiłam właściwie już od pierwszej strony powieści. Nie spodobały mi się jej wydumane problemy, skoncentrowanie na sobie, przemiana w rozemocjonowaną nastolatkę, która bez mrugnięcia okiem ryzykuje szczęście swoje i swojej rodziny. Co więcej, sama jej przemiana na kilku ostatnich kartkach książki również mnie nie przekonała, bo Linda momentalnie zrobiła zwrot o 180 stopni. Ludzie się tak radykalnie nie zmieniają, a nawet jeśli, to w innych, zdecydowanie bardziej dramatycznych okolicznościach.

Do szczęścia nie ma drogi na skróty

Chociaż jednak książka nie jest według mnie triumfalnym powrotem, to jednak zagorzałych fanów Coelho pewnie skłoni do refleksji – nad związkami o długim stażu, monotonią, nudą, prawdziwym szczęściem. Bo w końcu jak to możliwe, że jest tak dobrze i tak źle jednocześnie? I co zrobić, żeby to zmienić? Tym problemem, na który chciał zwrócić uwagę Coelho, faktycznie mogła być rutyna i samotność, która nie usprawiedliwia, ale jednak popycha do autodestrukcji. Ale czy tylko rutyna? W całej tej właściwie banalnej historii rzuciło mi się w oczy jeszcze coś. Linda ma 31 lat i jest 10 lat po ślubie. Wyszła więc za mąż w wieku zaledwie 21 lat! Nic dziwnego, że swoje życie budowała po części na pokaz i na wyczucie, bo tak się robi. Z zewnątrz wszystko wyglądało pięknie, ale w tym wszystkim zabrakło solidnych fundamentów i znajomości siebie, bo łatwo poczuć się samotnym z kimś, kiedy nie rozliczyło się wcześniej z samym sobą. Linda zrobiła to po czasie i w jej przypadku wszystko skończyło się dobrze. Statystyki, a przede wszystkim rosnącą liczba rozwodów, jednak pokazują, że życie nie pisze już niestety tak bajkowych historii jak Coelho. Kubeł zimnej wody lepiej więc zawczasu wylać sobie na głowę zanim zniszczy się swoje życie lub nawet zanim powie się sakramentalne „tak”. Tak na wszelki wypadek.