Całodobowa księgarnia pana Penumbry

Całodobowa księgarnia Pana Penumbry, Robin Sloan

Zagadkowych książek z klimatycznymi bibliotekami albo księgarniami jest sporo. W wielu z nich pojawiają się tajemnicze bractwa i nawiązania do malarstwa, muzyki czy literatury. Nigdy dotąd jednak nie spotkałam się z powieścią, w której starą, książkową wiedzę autor połączył z nowoczesnymi technologiami.

„Całodobowa księgarnia pana Penumbry” w dość ciekawy sposób łączy w sobie te dwa światy, ale czy rzeczywiście jest to prawdziwa literacka przygoda na miarę „Kodu Leonarda da Vinci” czy historia z zaskakującą miłością, jak obiecują wydawcy?

Zaczyna się całkiem interesująco. Młody, zdolny, kreatywny ale niespełniony zawodowo Clay musi znaleźć nową pracę. Z braku ciekawszych ofert decyduje się na rozmowę w księgarni, która od razu okazuje się miejscem dość niezwykłym. Przypomina bardzo nietypowy antykwariat z nienormalnie wysokimi regałami, działa całodobowo i w dodatku ma bardzo oryginalnych klientów, którzy kolejne pozycje dobierają na podstawie tylko sobie znanego klucza. Nie trzeba bystrego umysłu, by stwierdzić, że ten książkowy biznes nie przynosi pieniędzy. Czym zatem jest? Typowym interesem dla idei? Czy może przykrywką dla czegoś znacznie poważniejszego?

Bohater postanawia najpierw postawić księgarnię na nogi, a potem zaczyna dogłębnie badać temat i systematycznie poznaje tajemnice samej księgarni, ekscentrycznego księgarza i jego klientów. Nie byłoby pewnie książki, gdyby po drodze się nie zakochał. Niezwykle wdzięcznym obiektem jego fascynacji staje się bystra i ambitna Kat, zawodowo związana z nowoczesnym imperium informatycznym Google. Księgarz i programistka? Stare książki i elektronika? Podobno przeciwieństwa się przyciągają, ale w tym przypadku nie tak mocno jak może oczekiwać czytelnik.

„Całodobowa księgarnia pana Penumbry” jest zgrabnie napisana. Ciekawi, ale nie wciąga jak rasowe kryminały i powieści zagadki. Bo ani tu trupów, ani nieoczekiwanych zwrotów akcji. Jest za to tajemnicze bractwo nałogowych czytelników. Może nie nudziarzy, ale na pewno dość niszowych pasjonatów. Z szukaniem drugiego dna bym się nie zapędzała, ale za to warto już pokusić się o refleksję nad przyszłością samych książek i ich miejscem w świecie nowoczesnych technologii.

Możemy układać najróżniejsze scenariusze. Przyszłości pewnie nie odgadniemy i tak. Kto wie. Może już niebawem czeka nas odkrycie na miarę druku albo wynalezienia internetu. Pytanie tylko jak długo musimy na ten przełom czekać? Bo o książki możemy być raczej spokojni. Pewnie jeszcze wiele razy przejdą metamorfozę, a e-book jest tylko ich kolejnym wcieleniem po glinianych tabliczkach, papirusowych zwojach i papierowych książkach. Czy jest sens z tym walczyć? Nie wiem. Ale wiem na pewno, że warto czytać.

„Całodobową księgarnię pana Penumbry” dostałam pod choinkę. Ma intrygujący tytuł. Klimatyczną okładkę. Opowiada interesującą historię. Fajnie sprawdza się w roli książki czytanej dla rozrywki. Oszałamiającej kariery pewnie nie zrobi, chociaż z drugiej strony do dziś nie mogę się nadziwić, że „Dziewczyna z pociągu” od ponad roku tak wysoko trzyma się w tylu księgarskich rankingach.
Robin Sloan odwalił jednak mimo wszystko kawał dobrej roboty i całkiem zgrabnie zebrał w klimatyczną i sympatyczną całość oklepane motywy i tematy i stworzył z nich historię inną niż wszystkie. A to już naprawdę sporo.