Biel, Marcin Kydryński, recenzja

Biel, Marcin Kydryński

Różne widywałam już książki o Afryce. Jedne były stare, pożółkłe i bez ani jednej fotografii. Inne były jak encyklopedia albo turystyczny przewodnik. Zdecydowanie najbardziej lubię te, które pokazują dziką, afrykańską duszę.

Pełną kontrastów, nieprzewidywalną i nieokiełznaną. Właśnie taką Afrykę poznawałam u Kapuścińskiego, taka Afryka pojawiła się u Karen Blixen. Taka jest też w „Bieli” Marcina Kydryńskiego.

„Biel” to nietypowa książka. Pełna zdjęć i bardzo osobistych opowieści o trwających już ponad 25 lat afrykańskich wyprawach. Kydryński był chyba w każdym kraju, śladami wszystkich ulubionych bohaterów z młodości i podróżników, dla których słowo niemożliwe nie istniało. Ale te jego opowieści trudno mi zakwalifikować do jakiegokolwiek gatunku. „Biel” ma w sobie coś z reportażu, ale są to również wspomnienia, opowieść romantyka o poznawaniu dzikiego lądu, imponujący esej o Afryce i jej mieszkańcach rozpisany na wiele stron. W to wszystko jeszcze Kydryński wplata własne przemyślenia. Niektóre bardzo trafne i mądre, takie które wpędzę w zadumę, jeśli bajeczne zdjęcia tego jeszcze nie zrobiły.

Coś mnie jednak w „Bieli” również drażni. Ta książka nie jest tylko pełną kolorów opowieścią o Afryce. Miejscami pojawiają się w niej również bardziej moralizatorskie odcienie i przejaskrawione wręcz porównania między Afryką a bogatym „Zachodem”. Tak oczywiste, banalne, sama do końca nie wiem czy potrzebne czy niepotrzebne. Bo Afryka chociaż rzeczywiście jest biedna, to jednak pod wieloma względami jej bogactwo może wprawiać w prawdziwe zdumienie.

Kydryński zauroczył mnie właśnie opowieścią o tym afrykańskim bogactwie, którego nie da się przeliczyć na złotówki. I oczywiście zdjęciami. Na każdą opowieść przypada ich co najmniej kilka, chociaż znacznie częściej zdarza się, że strona po stronie pojawia się kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt niesamowitych zdjęć. Ludzi, przyrody, zwierząt. Każde z tych zdjęć jest pełne emocji, część jest w ruchu, a część zatrzymało w kadrze kolejny magiczny moment. Wszystkie bez wyjątku są też fascynujące. Bajecznie kolorowe, tak bardzo, że wiele razy zastanawiałam się, czy te kolory są autentyczne czy jednak mocno podkręcone w photoshopie.

Najbardziej urzekły mnie fotografie z afrykańską przyrodą w tle. Chociaż w tym wypadku bardziej właściwe jest stwierdzenie, że to przyroda wybija się w nich na pierwszy plan, bo człowiek, chociaż umieszczony na pierwszym planie, na tych zdjęciach jest jak mała czarna kropeczka.

„Bieli” nie czyta się szybko. Ale to w sumie dobrze, bo w wolniejszym tempie znacznie więcej można poznać, zapamiętać i poczuć. Zdążyłam się przywiązać do tej książki. Polubić ją, a chociaż nie lekka, bo liczy ponad 600 stron, to lektura jakoś wcale mi nie ciążyła.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić wczesnej jesieni bez małej czarnej. Od pewnego czasu smakuje mi jeszcze bardziej, odkąd myślę, że ziarna tej, którą piję, dojrzewały w afrykańskim słońcu.