Sting

Sting – Anglik bywający w Nowym Jorku

Chociaż niewątpliwie jest muzyczną ikoną, to nie każdy za Stingem przepada. Bo czasami przynudza, wjeżdża na ambicje, trzeba się w niego bardziej wsłuchać, żeby go docenić i polubić, a barwa jego głosu wcale nie powala. Ale jednak od lat 80. stale jest w muzycznej czołówce, a wiele współczesnych gwiazd przy nim to wyrostki z mlekiem przy nosie, które z różnym skutkiem bawią się w tworzenie muzyki.

Miłość do muzyki i determinacja

Sting od lat jest sobą, nie boi się iść pod prąd i stawiać wszystkiego na jedną kartę. Nie tylko więc talent zadecydował o jego sukcesie, ale i wyjątkowa determinacja. Wszystko zaczęło się niepozornie. Muzyką zainteresował się dzięki matce, która namiętnie słuchała starych płyt. Pierwsza gitara pozostawiała wiele do życzenia, a szara rzeczywistość robotniczej dzielnicy Newcastle raczej daleka była od atmosfery typowej dla miejsc ukochanych przez artystów. Ale nic to. Sting cierpliwie krok po kroku szedł do przodu z nadzieją, że w końcu wyrwie się do lepszego świata. Społeczny awans miały Stingowi zapewnić dobre wyniki w nauce, a wiele wskazywało na to, że dzisiejszy gwiazdor poprzestanie na posadzie nauczyciela. Fascynacja muzyką okazała się jednak na szczęście silniejsza.

The Police i własna muzyczna droga

Sting grywał w barach, knajpach, a nawet na statku w mniej lub bardziej dobranym towarzystwie innych muzycznych pasjonatów. Na swoich ludzi trafił jednak dopiero w Londynie, założył z nimi zespół The Police i lansował kolejne hity – Roxanne, Every Breath You Take, Message in The Bottle, Every Little Things She Does Is Magic, żeby wspomnieć tylko o tych największych. Sting w pełni rozwinął skrzydła i szybko przerósł swoich kolegów z zespołu. Zespół, tuż po tym, kiedy znalazł się na szczycie, rozpadł się, a jego niewątpliwy lider poszedł własną muzyczną drogą i systematycznie dodawał kolejne płyty i piosenki do swojej imponującej dyskografii.

Jak słuchać, by usłyszeć?

Albumy Stinga określa się często jako płyty z wyższej półki. Ale mimo to trudno jest słuchać ich od początku do końca czy kilka razy pod rząd, a kilkugodzinna sesja, na którą złożą się wszystkie płyty po kolei to już prawdziwy maraton. Nie sposób się nie zmęczyć, bo każda z tych płyt jest na swój sposób wymagająca. Stinga najlepiej jest więc dozować, delektować się nim jak lampką wina czy wykwintną czekoladką.

Ponadczasowe piosenki

Sting właściwie byłby gwiazdą i ikoną, gdyby poprzestał na napisaniu i zaśpiewaniu samego Every Breath You Take (zupełnie jak Black z przecudownym Wonderful life). Ale wtedy nie powstałyby utwory takie jak Shape of my heart, Fields of gold, Fragile czy Englishman in New York. A to byłaby dla świata już niepowetowana strata.

W cieniu największych hitów

Ze studyjnych albumów wyciągnąć można znacznie więcej takich dopieszczonych do granic możliwości muzycznych kawałków. Poniżej moja mocno subiektywna lista tych „naj”, do których regularnie i z coraz większą przyjemnością wracam.

The Dream of the Blue Turtles (1985) to pierwszy solowy album Stinga, który otwiera już pierwszy szlagier If you love somebody, set them free. Po nim jest Love is the Seventh Wave i seria ambitnych, choć niekoniecznie hitowych kawałków.

… Nothing like the Sun … z 1987 roku jest już znacznie ciekawsza i to nie tylko za sprawą piosenek Englishman in New York czy Fragile. Im częściej słucham, tym bardziej doceniam Straight to my heart, The Lazarus Heart i Be still my beating heart. Gdyby jednak dobrze się wsłuchać w płytę, tych smaczków znaleźć można pewnie jeszcze znacznie więcej.

Wydana w 1991 roku płyta The Soul Cages to swego rodzaju spowiedź, oczyszczenie i terapia. Piosenki na nią Sting napisał po śmierci swoich rodziców, a wszystkie razem składają się na nostalgiczną, dojrzałą i wysmakowaną całość z celtyckim akcentem. Płyta raczej na wieczór, pomimo wyjątkowo energetycznej piosenki All this time. Moje faworytki? – piosenki Why should I cry for you i When the Angels fall (ta druga się pięknie, epicko rozwija).

Ten Summoner’s Tales z 1993 roku to kolejny zbiór hitów, chociaż wcale nie jest to album typu „the best of”. O Stingu ktoś kiedyś powiedział, że teksty piosenek znajduje pod kamieniami podczas spacerów. Tak podobno było przypadku Fields of gold. Zapewne też dobre skrzaty napisały mu Shape of my heart, If I ever loose my faith in You, Heavy clouds no rain (tę piosenkę doceniłam dopiero po koncercie w Warszawie) i Seven days. Kto wie?
Ten Summoner’s Tales to chyba najbardziej przystępny album Stinga, ambitny i do posłuchania, do którego można często wracać.

Cała reszta

Kolejne płyty to w przypadku Stinga już raczej formalność, bo swoich fanów już miał, niczego nie musiał udowadniać, w pełni wykrystalizował się jego muzyczny styl. Trochę perełek się na nich pojawia, ale słychać, że jest to po prostu Sting. Stary dobry Sting, chociaż złośliwi twierdzą, że skończyły się mu pomysły i idzie na łatwiznę, odkurzając stare kawałki lub przygotowując nowe piosenki podobne do starych hitów. Może i rutyną zawiewa, ale z drugiej strony, gdyby rutyna zawsze tak brzmiała i wyglądała, świat rozwijałby się w wyjątkowym i pięknym stylu, a na pewno w odpowiednim kierunku.

Moje muzyczne typy:

Mercury Falling (1996): I hung my head, Let your soul be your pilot (piosenka kompas, która ewidentnie skraca okresy słabszej formy, pozwala chwilę odetchnąć, zanim znowu ruszy się na podbój bliskiego i dalekiego świata).

Brand New Day (1999): epickie A thousand years, Desert rose (za piosenkę, teledysk i jaguara S-type) i oczywiście Brand new day (bo zakochać się nie raz, nie dwa razy to dobra rzecz, nie tylko w kimś, ale przede wszystkim w życiu).

Sacred Love (2003): Send your love (w wersji albumowej i remiks, za prowokacyjny tekst, egzotyczne rytmy i wyjątkową energię i optymizm, jaki ma w sobie ta piosenka; tym utworem Sting potrafi obudzić i postawić na nogi lepiej niż espresso), reszta piosenek przyjemna, ale nijak wymieniać je przy pozostałych perełkach. Po prostu dobra muzyka i tyle w temacie.

Symphonicities (2010) do tego zestawu można by zaśpiewać „ale to już było”. I wróciło odkurzone, dopieszczone, w wersji na orkiestrę. Zazwyczaj jednak jestem sceptycznie nastawiona do takich eksperymentów. Z pewnością piosenki w takiej wersji to ciekawa, bardziej świąteczna odmiana, ale jednak mimo wszystko wolę wersje podstawowe.

The Last Ship (2013), ostatnia płyta Stinga, musical, nad którym pracował kilka lat. Klimatyczny, ładny, stingowy, ale bez większych rewelacji. Nie zmienia to jednak faktu, że dobrze się go słucha.

Cóż więcej do tego wszystkiego dodać? W przypadku Stinga muzyka to nie wszystko. Bronią się książki, zwłaszcza lekko napisana, autobiograficzna Niespokojna muzyka, i antologia tekstów – bardzo gruba, w twardej okładce, pięknie wydana. Można po nią sięgać przy słuchaniu piosenek, by bardziej je poczuć, ale i bez żadnej oprawy muzycznej. Teksty, które z melodią są hitami, czyta się wtedy jak poezję.

Opublikowano: 16.08.2014 r.